Rodzaj: własnościowe
Lokatorzy: Josephine i William Watson
Liczba pokoi: 5
Koszt utrzymania: wysoki

#1 Podejście drugie

Josephine Watson

Stary, gdzie moja bryka?• 12 pkt

33 y/o164 cm Agent nieruchomośc

Awatar użytkownika

sprzedaje domy

i kocha męża

choć czegoś jej brak

Centennial

Post autor: Josephine Watson »

7
Za oknem widać było już jesień. Josephine siedziała przed laptopem i przygotowywała materiały na najbliższy dzień otwarty w domu, który właśnie wystawiali na sprzedaż. Z jednej strony lubiła dni otwarte, bo można było poznać potencjalnych klientów, poznać ich oczekiwania, potrzeby rynku. Ale z drugiej strony było sporo przygotować, stresu i wydatków, które mogły nieprędko przełożyć się na zysk. Dzień otwarty nie oznaczał, że dom szybko się sprzeda, ale zwiększał jego szanse.
Nie chciała siedzieć po godzinach w biurze, bo starała się wracać o czasie do domu, ale nie zmieniało to faktu, że w sumie nadal pracowała. Nie miała nawet kiedy zrobić zakupów, a lodówka była zaskakująco pusta. Pewnie matka gdyby teraz wpadła i zobaczyła puste pułki, to zmyłaby jej głowę, mimo iż Jo była dorosła. Matka Josephine należała do tzw. "pań domu", nie mylić z kurą domową, choć w praktyce niewiele się to różniło. Dbała o męża, o dzieci, ale nie miała żadnej innej kariery, poza ta domową, i tą w Country Clubie, przy organizacji różnych eventów czy akcji charytatywnych. Zawsze stała u boku męża, nawet gdy ten ją zdradził. Fakt ten udało się utrzymać w tajemnicy przed wyborcami i opinią publiczną, ale Josephine wiedziała. Niemalże przyłapała ojca na gorącym uczynku. Wzdrygała się na samo wspomnienie młodziutkiej dziewczyny w pośpiechu obciągającej wąską spódnicę, gdy wychodziła z gabinetu Lawrence'a. I takiego życia chcieli dla niej rodzice? Bycia żoną polityka, który pewnie prędzej czy później by ją zdradził, a ona musiałaby tkwić u jego boku, machać i uśmiechać się na zawołanie? I pomyśleć, że niewiele brakowało. Matka już planowała ją swatać z jakimś synem gubernatora, czy kimś takim. Ale wtedy przez znajomego znajomej, umówiła się z Williamem. I tak oto uratował ją przed rolą do której może była przygotowywana całe życie, ale której nie chciała. Co nie znaczyło, że nie była wspierająca, bo była. I nie tyko było to, że prasowała mundur Williamowi i pilnowała by wzorowo wyglądał. Mógł liczyć na jej radę, dobre słowo i wsparcie w każdym możliwym aspekcie. I na to, że w takie chłodne deszczowe dni jak ten, ona będzie ciepła i kochająca. Choć dziś jedynie z zamówionym obiadem.
Gdy usłyszała szelest kół na podjeździe, odstawiła komputer i podeszła do drzwi. Lubiła witać się z Willem jeszcze w progu. To chyba wyniosła z domu... matka zawsze czekała na ojca. Ale akurat ten zwyczaj nie działał jej na nerwy.
- Cześć kochanie. - uśmiechnęła się ciepło na jego widok - Mam dwie wiadomości, dobrą i średnio dobrą. - założyła ręce za plecy i uniosła się na palce, by po chwili opaść na pięty. Wyglądała jak dzieciak, który coś zbroił.

@William Watson

William Watson

Praktykant• 0 pkt

35 y/o181 cm Dowódca bazy 158 F.W.

Awatar użytkownika

Centennial

Post autor: William Watson »

Mało który żołnierz miał ten luksus, że służył w rodzinnych stronach. Nie musiał odrywać rodziny od ich miejsc, znajomych czy przyzwyczajeń, aby jechać gdzieś na drugi koniec kraju. Albo świata. Nawet jeśli jego rodzina składała się wyłącznie z żony.

Śmierć zawsze idzie o krok za żołnierzem. Jako pilot wcale nie widział jej za wiele - dosłownie czterech jego znajomych straciło życie podczas służby. Wszyscy w wyniku nieszczęśliwych wypadków. Jeden na misji w Iraku. Przeżył za to śmierć dziadków, śmierć rodziców. Jego siostra też była uznana za zmarłą w wyniku tragicznego wypadku. Nawet jego dziecko... Ech, o tym akurat nie chciał gadać.

Grafitowy Ford opuścił wysokie na sześć metrów ogrodzenie bazy i zaczął zmierzać w kierunku ich domu. W radio Bruce Springsteen śpiewał o tym, że urodził się w USA i jak dobrze żyć w USA. Piosenka wbrew pozorom dość ironiczna. Trochę jak późniejszy o wiele lat "American Idiot" Green Day, który jednak był zdecydowanie bardziej bezpośredni w wyrazie.

Podśpiewywał trochę z dinozaurem rocka gdy wjeżdżał na podjazd. Klik alarmu, torba na laptopa przewieszona przez ramię (nienawidził aktówek), mundur polowy. Dzień jak co dzień. Zwykle miewał cztery podobne w tygodniu, ewentualny piąty i szósty przypadały na loty treningowe lub patrolowe przy współpracy z klonojadami z północy.

Otworzył drzwi. Cześć kochanie! Rzucił w wejściu tak jak zawsze. Nieraz martwił się jak to będzie w przyszłości. Statystyka była przeciwko niemu - 78% małżeństw żołnierzy kończy się rozwodem. A Jo miała absolutnie wszystko, by poradzić sobie bez niego. Zacznę od najlepszej. Widzę cię. A resztę możesz przedstawić wedle własnego uznania. Objął ją i przytulił napawając się zapachem jej włosów.

@Josephine Watson

Josephine Watson

Stary, gdzie moja bryka?• 12 pkt

33 y/o164 cm Agent nieruchomośc

Awatar użytkownika

sprzedaje domy

i kocha męża

choć czegoś jej brak

Centennial

Post autor: Josephine Watson »

Josephine doceniała, że udało się to zrobić tak, by William służył w jednostce najbliżej domu. Był tak blisko, że mógł codziennie wracać do domu, nie musiał spać w jakichś koszarach czy czymś takim. To świadczyło o tym, że go doceniali i, że byli gotowi iść mu na rękę, byle tylko został w ich szeregach. Nie umiałaby sobie chyba wyobrazić co by było, gdyby po tym jak stracili dziecko, Willa nie było przy niej. Rozsypałaby się pewnie na dobre, na milion nieskładalnych kawałeczków.
Drugą rzeczą którą doceniała jeśli chodziło o zawód Willa było to, że był pilonem, nie snajperem, nie takim żołnierzem, który wpada do wioski w Afganistanie i walczy z terrorystami i innymi wrogami wolności. Nie znała statystyk, nie wiedziała czy i ilu pilotów cierpi na PTSD i inne traumy, ale miała nadzieję, że jakiś niewielki odsetek, jeśli już. Rozwód? Nie wiedziała co Will by musiał zrobić, by zażądała rozwodu, chyba ją zdradzić i to wielokrotnie, wdać się w romans i zrobić dziecko jakiejś obcej kobiecie, oświadczając przy tym, że woli być z nią. Dobrze jej było z Watsonem, wiadomo, mieli górki i dołki, lepsze i gorsze dni, ale byli udanym i kochającym się małżeństwem. Do szczęścia Jo brakowało jedynie dziecka. Ale to przecież któregoś dnia też się zmieni, prawda? Chciała w to wierzyć, potrzebowała w to wierzyć.
- Nie podlizuj się. - uśmiechnęła się mrużąc oczy - Średnio dobra jest taka, że nie miałam kiedy zrobić obiadu, a dobra jest taka, że ty wybierasz co zamawiamy. - w tym momencie wyciągnęła z kieszeni schowany wcześniej plik ulotek i rozłożyła je w formie wachlarza. - Na co tylko masz ochotę. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Oczywiście znaczyło to, że obiad będzie dopiero za jakąś godzinę, może nieco krócej, ale przecież chyba z głodu nie umrą przez ten czas.

@William Watson

William Watson

Praktykant• 0 pkt

35 y/o181 cm Dowódca bazy 158 F.W.

Awatar użytkownika

Centennial

Post autor: William Watson »

Czyli opcja "ochotę na ciebie" nie wchodzi w grę? Zażartował obejmując żonę. A może wcale nie zażartował? Wziął z jej ręki wachlarz ulotek kilku knajp na wynos które mieli w mieście. Nie był to wielki wybór - na ogół fast food, ale całe szczęście też kilka małych, rodzinnych biznesów, które oferowały na prawdę przyzwoite jedzenie. No i ceny nie były nowojorskie. Może dziś coś ostrzejszego? W sumie zjadłbym jakieś chińskie, może indyjskie. Co myślisz? Akurat i taka, i taka knajpa była w mieście. Był ogromnym fanem spaghetti, ale nie na wynos - rzadko dojeżdżało w odpowiedniej temperaturze. Oprócz tego lubił owoce morza (ale ciężko w okolicy o dobre, co dziwiło przy bliskości słynnych portów Massachussets a zjedzenie nieświeżych zawsze kończyło się dramatycznym zatruciem), pasowała mu też kuchnia niemiecka, chociaż jest bardzo tłusta.
Nad czym moje Kochanie tak mocno pracowało? Zapytał nie wypuszczając jej z objęć. Zerkał jednak przez jej ramię na monitor stojący w pomieszczeniu obok.
U nas jest bajzel z tymi nowymi F-35. Ale nie ma co się dziwić, jeśli przez prawie 40 lat niewiele się w naszej bazie zmieniało w sprzęcie to szok technologiczny powoduje masę problemów. I masę, masę papierologii. Kiedyś obliczył, że na każdą godzinę w powietrzu przypada dziewięć godzin w papierach. To była najbardziej męcząca część służby. A przecież nie robił tego sam...

@Josephine Watson

Josephine Watson

Stary, gdzie moja bryka?• 12 pkt

33 y/o164 cm Agent nieruchomośc

Awatar użytkownika

sprzedaje domy

i kocha męża

choć czegoś jej brak

Centennial

Post autor: Josephine Watson »

- Raczej nie znajdziesz mnie w żadnej z tych ulotek... oby. - odparła ściągając usta. Owszem, miała ulotki swojej agencji, czasami jej reklama pojawiała się tu i ówdzie, ale nie na ulotkach restauracji. Ciekawe czy taka reklama przyniosłaby pozytywny skutek, czy jednak ludzie na takich menu zwracają uwagę tylko na jedzenie.
Gdy Will ją objął, skradła mu buziaka.
- Ja mogę być na deser. - uśmiechnęła się szelmowsko. Takie rozwiązanie jej pasowało. Choć może nie od razu po jedzeniu, bo jedzonko musiało się najpierw ułożyć. - Ty wybierasz. - uniosła ręce do góry, jakby się poddawała, a raczej wzbraniała przed decyzją. Sama starała się jeść przede wszystkim zdrowo, pilnowała by dostarczyć organizmowi tego co potrzebował, wiele rzeczy z diety wykluczyła. Na lunch zwykle jadła jakąś sałatkę. Dziś mogła zaszaleć. Może nie przepadała za takim zupełnie ostrym jedzeniem, ale przecież każda z restauracji miała więcej niż jedną potrawę. William mógł wziąć coś co mu przepali przełyk, a Jo mogła zdecydować się na coś łagodniejszego. Z kuchni świata również chyba najbardziej lubiła kuchnię włoską, miała smak i była mimo wszystko dość różnorodna. Dodatkowo nieskomplikowana w przyrządzeniu z możliwością pokombinowania z przepisem i dodania czegoś innego.
- Przygotowuję materiały na ten dzień otwarty. Trochę się martwię o ten dom. Ma duży potencjał, ale potrzebuje remontu. Muszę to tak ogarnąć, żeby mimo wszystko zachwycał potencjalnych kupców. Pokazać właśnie jego potencjał, żeby ktoś kto tam przyjdzie myślał sobie "to zrobię tak, to zrobię tak", a nie "ile tu jest do zrobienia". - miała twardy orzech do zgryzienia z tym domem, ale wierzyła, że się sprzeda. Był w dobrej lokalizacji, duży, z ładnym ogrodem itd. Ale poprzedni właściciel trochę go zaniedbał, potrzebował malowania, może wymienienia podłóg. Jo mogłaby sama zainwestować w remont i sprzedać gotowy dom, ale wolała najpierw pójść tą droga, niż inwestować kupę kasy, ryzykując, ze dom i tak będzie długo "wisiał".
- Nie mów, że teraz będziesz musiał ich wszystkich wyszkolić. - spojrzała na męża uważnie. Dodatkowe szkolenia to był dodatkowy czas który będzie musiał spędzić w bazie. Nie była zaborcza, nie rozliczała go z każdej minuty spędzonej poza domem, ale nie lubiła gdy musiał zostawać w bazie dłużej niż to co normalnie. Liczyła się z tym, że jego praca nie była do końca czasowo normowana, czasami potrzebny był w weekend, czasami wieczorami. Ale przynajmniej był blisko.

@William Watson

William Watson

Praktykant• 0 pkt

35 y/o181 cm Dowódca bazy 158 F.W.

Awatar użytkownika

Centennial

Post autor: William Watson »

Przecież nie ma szans, jesteś tylko moja. Wykonał z nią w objęciach ćwierćobrót, jakby mieli zacząć tańczyć. Wiem, że to niezbyt grzeczne i zdrowe jeść deser przed obiadem, więc zachowam się jak na oficera Sił Powietrznych przystało. Wciąż mówił o sobie per "oficer USAAF", chociaż formalnie przynależał do Gwardii Narodowej. No ale jako weteran miał prawo tak o sobie mówić, chociaż NG uważana była za mniej chwalebną służbę.
No tak, prezentacje, oferta, klienci. Ważna sprawa, ale na pewno sobie poradzisz - to chyba nie jest nawiedzony dom albo półruina? Nigdy jej nie towarzyszył, ale często rozmawiali o pracy i różnych jej aspektach. Oczywiście na tyle, na ile pozwalała na to tajemnica zawodowa. Albo w jego wypadku - wojskowa.
Całe szczęście nie ja. Powiedział uspakajającym tonem. Ale to ja będę musiał wysłać ich na odpowiednie szkolenia. Czyli wypełnić podania, potem odwołania, napisać wnioski i poprzybijać pieczątki gdzie tylko się da, żeby jakiś twardogłowy z góry przyznał parę milionów na szkolenia. Loty szkoleniowe oczywiście też będą. I nawet będzie brał w nich udział. Dostał już zapowiedź, że niebawem będą latać z Kanadyjczykami, żeby pokazać im możliwości F-35.
Może dla nas znajdziesz coś większego? Wiesz, postaramy się, żeby nie było tam pusto. Odsunął się kawałeczek od żony i popatrzył na jej brzuch. Wiedział, że nie jest w ciąży. Ale był całkowicie zdeterminowany, żeby się udało. Ostatnio po głowie chodziła mu też myśl o adopcji - będzie musiał o tym z nią porozmawiać. Może to było jakieś wyjście z ich problemu?...

@Josephine Watson

Josephine Watson

Stary, gdzie moja bryka?• 12 pkt

33 y/o164 cm Agent nieruchomośc

Awatar użytkownika

sprzedaje domy

i kocha męża

choć czegoś jej brak

Centennial

Post autor: Josephine Watson »

Uśmiechnęła się gdy powiedział, że jest tylko jego. Wiedziała, że w jego przypadku to nie jest oznaka chorej zaborczości, ale normalny przejaw uczucia jakim ją darzył. Sama też by się nim nie dzieliła. Nie rozumiała modnych jeszcze kilka lat temu swingersów, albo otwartych związków. Albo się z kimś jest, albo nie. Na krótką metę może niektórym pasowała poligamia, ale w którymś momencie przecież chyba każdy człowiek chciał być dla kogoś wyjątkowy, tylko on, należeć tylko do niego, niepodzielnie.
- Twoja strata... nie zawsze trzeba trzymać się zasad. - wzruszyła ramionami, jakby właśnie przegapił życiową szansę.
- Mam nadzieję, że nie. Chociaż niedługo Halloween... kto wie co tam wyjdzie ze ściany. - wzdrygnęła się. Halloween w wersji słodkie dzieci przebrane za różne stwory zbierające cukierki było całkiem niezłe. Ale Halloween w wersji nawiedzonych domów, spotkań o północy na cmentarzu już nie bardzo.
- Brzmi... nudno. - zmarszczyła brwi. Wiedziała, że Will wolałby pewnie latać niż wypełniać papiery i to dotyczące innych ludzi. Papierkowa robota to nie było to, co uwielbiał.
- Większy dom? - zapytała. Mieli całkiem spory dom, pięć pokojów, salon, kuchnia, garaż, ogród. Na dziecko było miejsce i w domu i w ich życiu. - A ile planujesz mieć tych dzieci? - zapytała. Cóż... na razie nie mieli ani jednego. A zanim zaczną myśleć nad adopcją były jeszcze inne metody, które mogli przetestować, a które nie pozbawiały by ich szansy na przeżywanie ciąży. Ona tego chciała, ale równocześnie się bała. Nie chciała przeżywać powtórki z rozrywki. Poronienie wiele ją kosztowało i to nie tylko zdrowia. Cierpiała... do tej pory czasami płakała z tego powodu, choć minęło kilka lat. Fizycznie była gotowa, psychicznie niby też, ale jakaś cząstka jej umysłu wciąż wracała do tamtych dramatycznych wydarzeń. Ale to nie znaczyło, że się wstrzymywali z czymkolwiek. Josephine starała się być dla swoje męża i żoną i przyjaciółka i kochanką. I nie było to coś, do czego się zmuszała z poczucia obowiązku. Uwielbiała jego bliskość, dotyk... Wierzyła, że im się uda. W końcu tez stosunkowo niedawno odstawiła tabletki. Wcześniej uznali, że nie będą ryzykować, póki jej organizm się nie zagoi i póki nie będą gotowi znów spróbować. Od jakiegoś czasu byli. Jo zmieniła dietę, starała się prowadzić regularny tryb życia, regularnie się badała. Ale ciąża to było coś takiego, co jednym przychodziło zbyt łatwo, a innym zbyt trudno.
- A co do pustki, to zamawiaj. Bo zaczynam być głodna. - przypomniała.

@William Watson

William Watson

Praktykant• 0 pkt

35 y/o181 cm Dowódca bazy 158 F.W.

Awatar użytkownika

Centennial

Post autor: William Watson »

To prawda. Nie zawsze. Chociaż wiedział, że Josephine żartuje, brzmiało to, jakby próbował badać czy ma jeszcze szansę na zmianę zachowania. Oczywiście także w formie żartu - nie planował tego robić tu i teraz, jednak zawsze fajnie było się chwilę podroczyć.
Bo to jest nudne. Setki powtarzalnych czynności bez widocznych efektów. Wiesz, przed startem też muszę wykonać cały szereg czynności które robiłem setki razy. Ale one mają sens - zwiększają bezpieczeństwo moje, techników czy maszyny. Każda z nich ma jasno określony cel. Will był zadaniowcem - gdy wiedział co miał osiągnąć skupiał wszystkie swoje myśli i siły na celu po czym... osiągał go. Tak poza tym chłopaki z aeroklubu dzwonili, że mają nową Cessnę 400 do oblatania, więc jeśli masz ochotę, w weekend możemy polatać godzinkę, może dwie jeśli pogoda pozwoli. Bardzo, bardzo rzadko mieli taką możliwość. Z oczywistych względów cywile nie mogli nawet przebywać w bazie, co dopiero w pobliżu maszyn, z których każda kosztowała, bagatela... 96 milionów dolarów. William nie miał własnego samolotu, ale był członkiem aeroklubu, więc często dostawał możliwość oblotu maszyn kolegów. Własnością aeroklubu było też parę jednosilnikowych maszyn, którymi mógł latać wedle uznania. W końcu płacił wcale niemałą składkę.
Ile? Oto jest pytanie. Pytanie które odbiję. Na ile się czujesz? Wiesz, nie zostawię cię z tym samej, ale zawsze może być tak, że będę musiał dłużej tkwić w bazie i większość ciężaru spadnie na ciebie. Patriotycznie myślał o trójce - to liczba która gwarantuje stabilny rozwój społeczeństwu. No i to całkiem spora rodzina która mogłaby ich wesprzeć w przyszłości. Zawsze czegoś mu brakowało z uwagi na to, że miał "tylko" siostrę. Nie wiedział, że jego przesiadywanie nad papierami i weekendy w bazie dopiero się zaczynają...

Okay, już dzwonię. W tym celu musiał wypuścić z objęć Jo, odejść o krok i wyjąć z torby telefon (regulamin zabraniał noszenia go przy sobie). Kuchnia hinduska. Zdajesz się na mnie, czy masz jakieś życzenie? Zapytał raz jeszcze. Tak dla pewności...

@Josephine Watson

Josephine Watson

Stary, gdzie moja bryka?• 12 pkt

33 y/o164 cm Agent nieruchomośc

Awatar użytkownika

sprzedaje domy

i kocha męża

choć czegoś jej brak

Centennial

Post autor: Josephine Watson »

Pokiwała tylko głową, jakby podkreślając, że jest jest to prawdziwa mądrość. Lubiła się z nim droczyć i przekomarzać, wiedząc na ile sobie może pozwolić zanim któreś się obrazi. Na szczęście też żadne nie obrażało się tak łatwo.
Ziewnęła demonstracyjnie, potwierdzając, że to na prawdę nudne, to co czeka Williama w najbliższym czasie w pracy. Ale wiedziała, że druga część jego wypowiedzi, ta o bezpieczeństwie, jest ważna. Wiedziała, że choć niektóre czynności aż chciało się pominąć, to były ważne, bo mogły decydować o życiu lub śmierci pilota. I choć Will nie brał udziału w czynnej akcji w terenie, to i tak mogło go spotkać coś złego. Bała się, że któregoś dnia zapukają do jej drzwi mężczyźni w mundurach i przekażą jej flagę. Miała nadzieję, że wspólnie z Willem się zestarzeją i umrą ze starości w bujanych fotelach na ganku, wpatrując się w zachód słońca.
- Na prawdę? - oczy jej zabłyszczały z podekscytowania. Nie była pasjonatką latania, zanim poznała Willa leciała samolotem może dwa razy i to pasażerskim oczywiście. Ale mąż zarażał ją swoją pasją, choć u diabła nie wiedziała co to Cessna 400. Pewnie dopiero jak zobaczy maszynę, to albo bardzo się ucieszy, albo zrobi się blada ze strachu. - Czyli mamy randkę? - uśmiechnęła się do męża. Podobał jej się ten pomysł spędzenia w przestworzach trochę czasu sam na sam. Wydawało jej się to bardzo romantyczne. A jeśli zginą, to przynajmniej razem, nie ma jak to optymizm.
- To może na razie skupmy się na jednym. - zaproponowała. Chciała co najmniej dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Ale teraz ucieszyłaby się nawet z jedynaka. O to czy by sobie poradziła z większą ilością dzieci się nie martwiła. W razie czego stać ich było na pomoc w postaci niani, czy gosposi. Na razie nie śmiała jednak marzyć o gromadce, skupiając się na tym pierwszym... a właściwie drugim dziecku. Bo choć pierwsze było za małe by chociażby poznać płeć, to w świadomości Josephine, to było jej pierwsze dziecko. Na chwilę posmutniała, pogrążając się w tych rozważaniach, ale na szczęście wrócili do tematu jedzenia.
- Zdam się na ciebie. Najwyżej nie zjem i będziesz odpowiedzialny za moją śmierć z głodu. - zaśmiała się złowrogo. Sama tymczasem poszła wstawić wodę na herbatę. Póki jedzenie nie przyjedzie pewnie wróci na chwilę do laptopa, żeby nie marnować czasu wieczorem.

@William Watson

William Watson

Praktykant• 0 pkt

35 y/o181 cm Dowódca bazy 158 F.W.

Awatar użytkownika

Centennial

Post autor: William Watson »

Yup. Będziemy mieć kawałek nieba dla siebie. W końcu na coś te składki idą. Cieszył się, że nigdy nie robiła mu z tego powodu wyrzutów. Latanie w pracy, latanie jako hobby. Co prawda zarabiał bardzo dobrze a i Jo nie była utrzymanką, ale składki wynosiły ładnych kilka tysięcy dolarów rocznie. Nawet dla nich nie była to niezauważalna kwota. Możesz odpuścić pilotkę, ale raczej nie będzie specjalnie ciepło, więc typowo randkowe ciuchy mogą zostać w szafie. Jo zawsze potrafiła ubrać się stosownie do sytuacji. Jo miała klasę i wyglądałaby kobieco nawet w mundurze piechoty. Jo zawsze była dla niego pociągająca. Chociaż nie oznaczało to wszakże, że nie widział jej nigdy w dresie. Był więc to raczej żart, jednak nie wiedział jak będzie z wydajnością ogrzewania na wyższych dystansach. Słabo znał ten typ maszyny, chociaż młody rocznik wskazywał na liczne udogodnienia. Nie chciał, żeby się przeziębiła. Chciał dbać jak o dwoje. Kto wie, którego dnia znów pokaże mu pozytywny test...
Tak jest, skupiamy się na pierwszym etapie operacji "Baby Storm". Raz jeszcze wrócił do żony, objął ją od tyłu układając ręce na brzuchu i całując delikatnie w szyję. Uda się. Mówił do niej tym gestem. Chociaż kiedyś już obejmował ją w ten sposób w znacznie bardziej sprzyjających okolicznościach. Muszą próbować. Konsekwentnie, często i z głową. Uważać jednak przy tym, żeby nie popaść w desperację i sprowadzenia seksu do rozpaczliwej próby reprodukcji. To też się uda.

Dosyć szybko dodzwonił się do restauracji. Trochę żałował, że nie ma w niej rodowitych hindusów - takie knajpy zawsze były bliższe smakom do których nawiązywały. Jednak Vermont było drugim najbardziej "białym" stanem w USA - mniejszości stanowiły w nim około 3% populacji...
Podał do mikrofonu kilka pozycji z menu. Często stresował się, że coś wymawia na tyle dramatycznie źle, że rozmówca go nie zrozumie i ośmieszy się swoją nieznajomością produktu który chce kupić. Całe szczęście - udało się. Czas dostawy - pięćdziesiąt minut.
Mamy jeszcze jakieś trzy kwadranse, zanim będziemy łakomie spoglądać w stronę drzwi. Powiedział do Josephine, mając jeszcze telefon w ręku. Pewnie masz jeszcze trochę pracy dzisiaj? Jeśli nigdzie nie wychodzimy wieczorem, wziąłbym już prysznic. Nawet bardziej w formie relaksu i rozluźnienia po ciężkim dniu.

@Josephine Watson

ODPOWIEDZ

Wróć do „Dom #4”